piątek, 28 maja 2010

Don't come near. I'll eat you.

Czy ja gryzę?
Odpycham od siebie chłopaków pod KAŻDYM względem, tak bardzo, jak magnes przyciąga do siebie szpilki.
Nie wiem co ze mną jest nie tak.

Jestem chodzącym nieszczęściem. Samej mi szczęścia brak, na dodatek zapewne zsyłam nieszczęście na innych.
Choć chciałabym to zmienić, nie potrafię. Na nic moje starania, na nic wszystko, co robię.

Wracając do tematu.
Czuję się jak taki odrzutek. To dziwne, nowe uczucie. Nigdy się tak nie czułam. Zawsze byłam traktowana ze wszystkimi na równi, teraz mam wrażenie zupełnie inne.
Tak, każdy mi mówi, że jestem przewrażliwiona. Być może.
Nic nie poradzę na to, że tak się czuję.
Po prostu: jest mi przykro?
Powiedzmy.

Straciłam ochotę na opisywanie tego.
To bez sensu.
Żegnam.

poniedziałek, 24 maja 2010

..

Ej, podobno wiara czyni cuda. Dlaczego to nie działa w moim przypadku?
Ile mogę wierzyć w TO i czekać na rezultaty?
A może nie. Może ja udaję, że wierzę. Próbuję, ale mi nie wychodzi.
Tak, to jest myśl bardzo prawdopodobna. Jeżeli wierzę, że wierzę to sama siebie oszukuję. A wtedy nie mogę liczyć na cud. Bo niby w jaki sposób?
A może bardziej się postaram, spróbuję jeszcze bardziej uwierzyć, jeśli to możliwe. Bo mam wrażenie, że i tak przeszłam samą siebie. Tyle, że moje wrażenia często są błędne. Chyba.
A nie lepiej dać sobie z tym wszystkim na spokój? Wtedy nie będzie mnie to zastanawiać.
Nie. Po dłuższej myśli, uważam że to zły pomysł.
Jeśli przyjdzie mi do głowy wizja, która mogłaby być prawdopodobna, a ja ją z własnej woli zmarnuję, to będę miała wyrzuty sumienia.
A wyrzuty sumienia są najgorsze. Dręczą bardziej niż to, czy zdołam dojść do końca, wytrzymać w tym wszystkim i osiągnąć cel, i oczywiście zobaczyć skutki tego wszystkiego.
Jak nie spróbuję, nigdy się nie dowiem jak ma być. A tak, chociaż będę miała pewność.
A to już jest coś.
Zrobić coś, niż potem żałować, że się tego nie zrobiło. Nawet już miałam taką sytuację, że udało mi się przełamać. Przełamałam się i nie żałuję. A miałabym czego żałowac, gdybym poszła w innym kierunku.
Próbujmy wierzyć dalej. Zobaczymy jakie skutki to przyniesie.
Czas wszystko pokaże.. ; O

niedziela, 9 maja 2010

hope

Nadzieja matką głupich?
No nie wiem. Ja uważam, że warto jednak mieć nadzieję. Okej, czasami bywa złudna. Ale jak potrafi utrzymać przy życiu, przy normalnym funkcjonowaniu to czy można ją olać? W końcu działa wtedy na nas pozytywnie. Oczywiście, gorzej jest, jeżeli potem wychodzi, że jednak się łudziliśmy. Jednak te dni, które przeżyło się mając nadzieję wzmacniają. Ja tak myślę.
I skoro można mieć nadzieję na cokolwiek, powinno się ją zatrzymywać przy sobie. Mnie ona bardzo pociesza. To dzięki niej doszłam do wielu rzeczy, których teraz bym nie miała. Dzięki nadziei, że będzie lepiej, potrafię chodzić z uśmiechniętą twarzą, bawić się, śmiać z głupot. Gdyby nie to, prawdopodobnie byłabym jakąś przygnębioną dziewczyną, której nawet jeśli coś się powiedzie, uzna to za pecha albo przypadek.
Było już kilka razy, że mnie rozczarowała. Rozczarowała. Zmieńmy to słowo na zawiodła. A więc zawiodła mnie kilka razy. Pomimo to, wyciągnęłam z tego jakieś wnioski. Dzięki temu czuję się silniejsza.
Myślę, że wszystko zależy od podejścia. Jeżeli spojrzymy na coś z innej perspektywy, ujrzymy to w innym świetle, być może lepszym.
Trzeba patrzeć na wszystko na każdy możliwy sposób.
Może to będzie jakaś droga do choćby małego sukcesu..

czwartek, 6 maja 2010

difiiculty

'Dlaczego?' Pytanie, które zadaję sobie bardzo często i na które niestety nie potrafię odpowiedzieć. To znaczy nie zawsze, rzadko.
Dlaczego nie jest tak, jak było chociażby miesiąc temu? Co zrobiłam, że to się zmieniło? Jak do tego w ogóle doszło? Dlaczego do tego wszystkiego doprowadziłam?
Jest jeszcze milion innych pytań, które mnie cholernie dręczą. Nie znam na nie odpowiedzi, nie umiem do nich dotrzeć.
SHIIIIIIT! Czemu to jest takie trudne?!
Chcę do tego wrócić, tylko znowu nie wiem jak. Do tego, co było jakiś czas temu. Znowu, znowu strach przed porażką nie pozwala mi zrobić tego, co bym chciała. Boje się, że już za późno, że zrobię się zbyt natrętna. W sumie ja już sama nie wiem czego sie boję, o co mi chodzi, czego chcę i jak mam działać.
Nie wiem nic, a co najgorsza chyba nikt nie potrafi/nie chce mi w tym pomóc.
Nie radzę sobie. Chcę jakiegoś.. oświecenia? Możliwe.

poniedziałek, 3 maja 2010

trudno zrozumieć

Tak się teraz zastanawiam. Po co jest wyobraźnia? Po to, by nam coś utrudnić? Bynajmniej w moim wypadku tak jest. Wyobraźnia mi dużo utrudnia. Widzę rzeczy, które wiem, że nie mogą być możliwe. Ale je widzę. Widząc je czuje się szczęśliwa, ale jednocześnie mam świadomość, że nie są one realne i to boli. Boli bardzo.
To wyobraźnia połączona z marzeniami. No tak, przecież jedno z drugim jest powiązane, wiadomo.
Tylko teraz kolejne pytanie: Dlaczego nie każde marzenie, które mogłoby się spełnić, nie spełni się na pewno? To po co w ogóle marzyć? Jaki jest tego cel? Dobra, można do tego dążyć. Dążyć, by to się spełniło. Jednak gdy nie ma takich możliwości, bo to nie do końca zależy od ciebie, nie można nic. Chociażby się starać z całych sił, poświęcić dla tego wszystko. Nie i koniec. Tego się nie zmieni, nie ma się wpływu na wszystko.
Z innej strony. To ode mnie zależy o czym myślę, o czym marzę, co widzi moja wyobraźnia. Niby mogę nad tym zapanować? Tak, łatwo powiedzieć. Kiedy wszystko przypomina tylko o jednym to nierealne. Próbujesz jak możesz, ale to zamiast zastygać - narasta.
Teraz czytam to co napisałam. Wydaje mi się to głupie. Jednak odczuwam coś w tym stylu. Chociaż nie potrafię tego dokładnie opisać. To co zamieściłam tutaj to sproszczenie, nie do końca prawdziwe.
Dalsze rozmyślenia pozostawię tylko dla siebie. Myślę, że i tak nikt mnie nie zrozumie.

Proszę tylko nie wyciągać z tego zbyt pochopnych wniosków. Mam na myśli to, że mogę być cholernie przygnębiona. Wcale tak nie jest.W tym momencie czuje się szczęśliwa na tyle, na ile mi pozwolono. W sensie, że mogłabym być bardziej, ale nie ma takiej opcji. Coś w tym stylu.

thanks

Dzisiaj, a właściwie już wczoraj było fajnie.
Kurcze, dawno nie spędziłam takiego dnia. Cały w sumie z Paulą i Anną. Robienie głupich, ale naprawdę głupich fotek, wymyślanie całkowicie bezsensownych piosenek, śmianie się bez powodu, rozmowy z Wami na temat same wiecie jaki (Dziękuję od razu za to wszystko. Szczególnie za to, że mnie wysłuchujecie. Przecież ja nawijam ciągle o tym samym, nie wiem jak to znosicie. Jestem pełna podziwu.), ratowanie biedronki a potem nadanie jej nazwy Bożena Radioaktywna i wiele wiele innych. To wszystko uwielbiam i tego nic nie może zastąpić. Pomimo tych nieporozumień, które bywają między nami i tak dalej, nadal się trzymamy i świetnie nam idzie. I potrafimy spędzać ze sobą dobrze czas. A co najważniejsze: dobrze się ze sobą czujemy. Kurde, naprawdę nie chciałabym Was zamienić na żadne inne przyjaciółki. Nawet jeżeli czasami mam Was serdecznie dość i tak dalej. Ale wiadomo: złość robi swoje i szybko przechodzi. Na szczęście.
W końcu po burzy zawsze wychodzi słońce.

Po prostu: dziękuję.

sobota, 1 maja 2010

2 dni. Tyle mi wystarczyło, aby przeczytać Alchemika Paulo Coelho.
Wciąga, co jak co, ale wciąga. I daje do myślenia. Bynajmniej mi. Myślę, że sięgne po kolejne książki tego autora.

Marzenia należy realizować. I właśnie ten cholerny strach przed porażką przeszkadza nam w tym. To znaczy mi przeszkadza. Cholernie przeszkadza. Może się jednak przełamię? Może.. Nie wiem. Ciężkie to wszystko jest.
Musze pomyśleć. Dużo pomyśleć, przewidzieć każdą opcje. Zobaczymy co z tego będzie.


A poza tym dobrze jest. Nie mam co narzekać, poza paroma sprawami. Ale przecież wszystko jest jasne, po co ja sobie zawracam tym głowę. Wywalone to wywalone, tak? No! I nie mam co marudzić. ;D