Nie było mnie tu chyba ze dwa miesiące. I szczerze mówiąc nie wiem kiedy to zleciało, bo wydaje mi się, że notkę pisałam ostatnio. Ale jednak nie, jak widać.
Hm, co u mnie. W sumie od tych dwóch miesięcy nic się nie zmieniło. Żyję nadal szkołą, nawet nie wiem czy nie bardziej niż wtedy. Sprawdziany, kartkówki, odpowiedzi, prace domowe.. Jedno i to samo, monotonne i męczące. Doszła mi jeszcze prezentacja na dzień ziemi, którą musze pokazać już w środe, a więc zbyt dużo czasu nie ma i należy ją dokończyć. W sumie przecież taki los ucznia - życie szkołą.
Wytrzymać te cholerne półtora tygodnia, przeżyć poprawę z matmy, napisać na 4 sprawdzian z geografii, przeżyć te wszystkie fizyki, które jeszcze mnie czekają i będzie dobrze. Święta = tydzień wolnego. A potem 3 dni szkoły i kolejny tydzień wlnego, bo matury, bo majówka. I jak wrócę do szkoły będzie już 8 maja, czyli niecałe 2 miesiące chodzenia do szkoły. A potem wakacje. Zasłużone wakacje, zdecydowanie.
Poza szkołą, której mam dość i o której nie chcę już mówić, jest problem pogody. Wieje tak, że mogłoby mnie ponieść, ale tak nie jest i w sumie wcale sie nie dziwie, bo z moją masą to byłoby trudne i nawet wiatr mnie nie uniesie, haha. Wiem, ważąc 51,5kg to jest możliwe i każdy mówi, że jestem chuda, ale ja mam manie na tym punkcie i WCALE chuda nie jestem. Może, gdybym miala 1m70cm to byłabym, ale mam jednak o 10cm mniej. Więc wiadomo jak to jest. I właśnie ta cholerna pogoda uniemożliwia mi bieganie, czy jeżdżenie na rowerze. Czas spalić zbędne kalorie, wkrótce otwierają basen i trzeba się jakoś pokazać w miarę normalnie. A moja mamuśka dodatkowo ciągle kupuje coś do jedzenia i ja niestety, ale nie zawsze potrafię się oprzeć pokusie. Tak więc chcę pogody. Ładnej!
A jeszcze co do tej kwestii. Poza utrudnianiem mi sportu, a przecież 'sport to zdrowie', utrudniane są też wyjścia na spacer i tak dalej. Bo co to za przyjemność wyjść na spacer, skoro wieje, marzniesz i masz rozwalone włosy. Dlatego powtarzam ponownie: chcę ładnej pogody!
No tak, ale wątpie, by moje zdanie miało tu jakiekolwiek znaczenie. Pogoda jest praktycznie jak kot, bo chodzi zupełnie swoimi drogami.
Dość narzekania.
Teraz przyjemniejsze motywy z mojego życia.
Jest nadzieja. Nadzieja, że Ona jednak nie zapomniała całkowicie o mnie, że jednak nadal obdarza mnie swoją przyjaźnią, sympatią itd. Zaczęłam w to bardziej wierzyć w sumie i powiem, że cholernie mnie to cieszy. I że cholernie mi głupio, że mówiłam wcześniej to co mówiłam, że wątpiłam. Ale jednak nigdy nie zwątpiłam w to co ja czuje, za kogo ją uważam. To się nigdy nie zmieniło. I nie zmieni, zapewniam. Tyle lat 'zadawania się' ze sobą nie można skreślić z życia. Bynajmniej na nie potrafię, nigdy nie chciałam i nie chcę. I mimo że chłopacy pojawili się w naszych życiach (to raczej normalne, w przyszłości zakłada się rodziny), mimo że były gorsze momenty, jednak zawsze te lepsze następują po jakimś czasie i nie odchodzi to co było. Czyli to jak się rozumiemy, jak ze sobą rozmawiamy, jak się odnosimy do siebie. Jak przyjaźń nie zepsuje prawdziwej miłości, tak miłość nie zepsuje prawdziwej przyjaźni, tak samo NIC nie zepsuje żadnych z tych uczuć. I ja w to zawsze wierzyłam i będę wierzyła. I dziękuję Jej za to, że mogę w to wierzyć. Jemu też.
A co do Niego. Ponad 9 miesięcy razem, leci 10 miesiąc. Wczoraj jedna z bliskich mi osób powiedziała, że jak ten czas szybko leci i że nawet nie wie kiedy to zleciało. I że ciągle jest pewna, że to ok. 4 miesięcy. A tu jednak ponad 2 razy tyle. Fakt, leci szybko, ale i cudownie. Wszystko kwitnie, wszystko rośnie. Mimo gorszych momentów, które najczęściej ja stwarzam(jak zwykle zresztą,haha), jest cudownie i jestem szczęśliwa.
Mama sie mnie dzisiaj spytała czy mam zamiar cokolwiek zmieniać, czy jestem pewna i tak dalej. Odpowiedziałam, że tak. I Bogu dziękuję, że od razu trafiłam na tak cudownego chłopaka, że pisane jest mi takie szczęście. Nie wiem czym sobie zasłużyłam, ale jestem wdzięczna. I życzę wszystkim tego co ja przeżywam, z całego serca.
Koniec mojego gadania. Kiedyś się jeszcze odezwe, ale pojęcia nie mam jak szybko. Do tej notki podchodziłam bardzo długo. Ostatnio czytam zdecydowanie mniej książek, bo nie mam kiedy, w związku z tym i pisze gorzej. Mam nadzieje, że niedługo to nadrobię.
Tymczasem do następnego razu.
~A właśnie. Na razie moja nauka gry na gitarze odeszła na bok. Szkoła nie pozwala mi na to ani troche. I nikt nie ma pojęcia jak mnie ciągnie do tego.
I jeszcze coś. Stałam sie strasznie pobożna. Ale to w sumie nie nowość, bo ta moja pobożność trwa już z ponad pół roku. Jednak teraz sobie to uświadomiłam. Dobrze mi z tym. Nie oznacza to, że wcześniej nie byłam, czy że ide na zakonnice, haha. Co to to nie :)
A i jeszcze jedno. Ostatnie. Cała telewizja żyje Smoleńskiem. Ja rozumiem, wielka tragedia, tylu ludzi. Współczuje z całego serca rodzinom. Jednak to już było tak dawno. Ludzie dajcie im spokój po śmierci! Oni nigdy nie zaznają odpoczynku. To wszystko co się dzieje to jednak przesada. Konkretna.
Ok, koniec.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz